Jane – teksty erotyczne

Kolejne juz darmowe teksty erotyczne – Jane
Słońce powoli opadało za krawędź horyzontu. Krwawy blask rozlewał się szeroko po prerii. Zeschłe źdźbła traw szumiały cicho poruszane lekkim powiewem. Cykady jak oszalałe grały pośród traw, hałasując niesamowicie. Stado porykiwało cicho – zwierzęta były zmęczone po całym dniu wędrówki. W ostatnich promieniach ginącego słońca wyglądały niezwykle, rzucając długie, fantastyczne cienie na wypaloną żarem ziemię.

Uderzyłem konia piętami po bokach i podjechałem do Małego Wilka. Odwrócił do mnie swoją ogorzałą twarz i pytająco uniósł brwi. Indianie nigdy nie mówili bez potrzeby. Mały Wilk nie był wyjątkiem, wręcz przeciwnie.
– Trzeba się będzie zatrzymać na noc – powiedziałem. Kiwnął głową i zawrócił konia. Przez chwilę rozmawiał z Paulem Wintersem – naszym „Krowim Generałem”, jak go nazywaliśmy. Winters gwizdnął na palce i wszyscy zatrzymaliśmy konie. Bydło, nie poganiane, samo stanęło.
– Nocleg! – wrzasnął Paul. Tam gdzie stał, tam zeskoczył z konia i prowadząc go za uzdę, poszedł poszukać sobie miejsca do spania. Zeskoczyłem na ziemię i poprowadziłem swojego wierzchowca do najbliższego drzewa. Zdjąłem mu siodło i uwiązałem do gałęzi. Rzuciłem siodło pod drzewem i położyłem się, opierając na nim głowę. Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w odgłosy, dochodzące ze wszystkich stron. Basowe porykiwanie bydła, pokrzykiwanie pomocników, wrzaski Wintersa, oszalałe arie cykad, odległe zawodzenie kojota, ciche rżenie spłoszonych nim koni, skrzek orła wysoko w przestworzach. . .
– Hej, Tacker! Co robisz? – usłyszałem. Nie otwierając oczu wiedziałem, że to Jane – jedyna kobieta na całym spędzie. Nie było faceta, który by się za nią nie oglądał. Otworzyłem oczy – rzeczywiście, było się za czym oglądać. Była wysoka, zgrabna, długie, złociste włosy związane grubym rzemieniem opadały jej na ramię. Ciemne, prawie czarne oczy, okolone długimi rzęsami, górowały nad zgrabnym noskiem i małymi, kształtnymi ustami. Ubrana była w wysokie, męskie kowbojki, poszarpane, dżinsowe majtki, ledwie zakrywające jej zgrabny tyłeczek i brązową, skórzaną kamizelkę, zapiętą na jeden guzik. Z szyi zwisał jej indiański talizman – malutki, skórzany woreczek, którego zawartość znała tylko ona.
– Cześć, Jane! – odpowiedziałem – Jak się czujesz po dzisiejszym dniu?
– Ja świetnie, ale ty chyba miałeś jakieś problemy ze swoim koniem.
– Masz rację – przytaknąłem – Jestem najgorszym jeźdźcem na całych Wielkich Równinach. Co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości.
– Ejże, nie! Mój brat jeździ gorzej od ciebie.
– A ile ma lat? – spytałem, bo w jej oczach zapalił się dziwny błysk.
– No, eee. . . trzy.
– Jane. . . – roześmiałem się.
– Jane! Tacker! Nie ochrzaniać się! – wrzasnął mi nad uchem Winters – Idźcie zebrać trochę drewna. Weźmiecie pierwszą wartę, od północy do drugiej.
Ucieszyłem się. Jane była niesamowitą kobietą, doskonałym towarzyszem podróży i wogóle była świetna, ale dosyć nieprzystępna. Podobno na poprzednim spędzie walnęła nożem po łapach jakiegoś faceta, bo się do niej dobierał. Nie było tego po niej widać, ale cholernie była niebezpieczna. Podniosłem się z ziemi i ruszyłem w kierunku najbliższych zarośli, żeby nałamać chrustu. Zebrał naręcze i wróciłem do obozu. Rzuciłem patyki na ziemię i zacząłem układać w stosik. Jane dorzuciła swoje. Po kilku chwilach cienka smużka dymu popłynęła w niebo, a zaraz potem ogień buchał już wysoko. Cienie tymczasem wydłużyły się, aby w międzyczasie ogarnąć wszystko i zmienić w mrok, otulający stygnącą ziemię. Cykady przycichły trochę i wtedy uznaliśmy, że pora na nas. Johnny Walterson wyciągnął z juków gitarę, Stuart West organki i zaczęli grać. Dźwięki kolejnych ballad płynęły daleko w noc, aż wszyscy zaczęli odchodzić na boki i układać się do snu. Wreszcie nawet Johnny i Stuart zasnęli i zostaliśmy tylko my z Jane. Zewsząd otaczała nas noc otulająca wszystko ciemnym płaszczem. Dolatywały nas posapywania śpiącego bydła, czasem ciche rżenie koni, chrapanie zmożonych snem mężczyzn. Z daleka, ze stepu dobiegały głosy nocnych myśliwych i nocnych ofiar.
Szakal pojawił się nagle. Jego zawodzące wycie rozdarło mrok i dosięgło naszego obozowiska. Konie odpowiedziały niespokojnymi odgłosami. Sięgnąłem ręka do pasa, po colta, ale Jane powstrzymała mnie dotykiem dłoni. Jej miękkie palce wprawiły mnie w dziwny nastrój. Niczym zafascynowany patrzyłem, jak wyciąga swój długi, szeroki nóż, przywieziony z dalekiej północy. Ostrze błysnęło szkarłatem w świetle tlących się węgli. Cień szakala zamajaczył niedaleko, potem pojawił się wyraźniej. Niespokojna sylwetka drapieżnika przysunęła się, aż nabrała koloru. Wtedy usłyszałem trzepot materiału. Świst metalu zakończył się odgłosem tępego uderzenia i krótkim skowytem, oznajmiającym, że Jane trafiła. Podeszła do martwego teraz myśliwego i odkopała ścierwo na bok. Potem trawą otarła krew z noża i na powrót zawiesiła go u paska.
– Dobra jesteś – powiedziałem.
– Lubię broń bardziej naturalną, taką, jakiej używali Indianie. Natura ma wtedy większe szanse, walka jest bardziej ekscytująca. Pewien stary wódz nauczył mnie posługiwać się nożem, łukiem i innymi rzeczami.
– To on dał ci ten talizman? – zapytałem, skręcając sobie papierosa.
– Tak. Kiedyś to był jego talizman, wcześniej jego ojca i dziada. Wcześniej należał do innych. Ma kilkaset lat.
– Co jest w środku? – zaciągnąłem się dymem. Doskonały, virginijski tytoń.
– Świat, świat taki, jakim stworzył go Wakantanka – Wielki Duch. Świat, jaki my, biali, zniszczyliśmy.
– Dziwna jesteś. Ale jednocześnie fascynująca, zaskakujesz mnie.
– To miło – uśmiechnęła się. Po raz pierwszy za uśmiechem coś się kryło. Coś.
Długo tak jeszcze siedzieliśmy pośród nocy, czasem dorzucając do ognia, ale nic już więcej nie mówiąc. Cisza roztoczyła się wokół nas, otulając wszystko. Potem obudziłem Wintersa i Tollera i poszedłem spać.
Miałem sen. W moim śnie wielki, piękny orzeł szybował majestatycznie ponad ogromnym krajem. Spoglądał w dół na zielone lasy, na ogromne, ciche jeziora, na niedostępne góry. Widział wielkie równiny, rude od słońca i czarne od ogromnych stad bizonów, pędzących po prerii. W lasach pełno było wszelkiej zwierzyny – jelenie, karibu, potężne niedźwiedzie i zwinne, małe wiewiórki, szare, piękne wilki wyjące pośród nocy, siejąc przerażenie swym łowieckim okrzykiem. Jeziora zapełniały ogromne łososie, w potokach pełno było pstrągów. Powietrze wypełnione było mnogością ptaków.
Pośród tej wielkiej obfitości żyli miedzianoskórzy wojownicy. Pełni szacunku i respektu dla dzieła swojego stwórcy, dla Natury, wiedli życie z nią w zgodzie.
Wakantanka popatrzył w dół i wyszeptał: oto wasz świat, dzieci moje. Jeśli on zginie i wy zginiecie. Popatrzył na mnie swoimi ciemnymi oczyma, w których odbijała się mądrość wieków i rzekł: Dopiero, gdy ostatni bizon zostanie zabity, dopiero, gdy ostatnia ryba zostanie złapana, dopiero, gdy ostatnie drzewo zostanie ścięte, dopiero wtedy zrozumiecie, że pieniędzy nie da się jeść. I wtedy Wakantanka – Wielki Bizon pogalopował prerią, wstrząsając ogromnym, kudłatym łbem. I wtedy Wakantanka – Wielki Orzeł rozwinął potężne skrzydła i wzbił się ku niebu, strosząc brązowe pióra. I wtedy Wakantanka – Wielki Duch rozpłynął się cicho w nicości.
Jane kopnęła mnie w nogę i powiedziała:
– Wstawaj, Tacker, za chwilę świt! – potem zamyśliła się na chwilę i zapytała:
– Jak ty masz właściwie na imię?
– Wyatt.
– Wstawaj, Wyatt! – powiedziała i uśmiechnęła się przez ramię, odchodząc. Była pierwszą osobą, która odezwała się tu do mnie po imieniu. Zdziwienie moje nie miało granic. Szybko osiodłałem konia i wskoczyłem mu na grzbiet. Razem ze Stuartem i Generałem zgoniliśmy bydło do kupy i pognaliśmy je naprzód, w kierunku wschodzącego słońca. naciągnąłem kapelusz na oczy, aby ochronić je przed coraz jaśniejszym blaskiem, bijącym znad horyzontu.
Było już prawie południe, gdy dotarliśmy do jaru, którym wedle słów Małego Wilka miał płynąć potok. Woda ledwo ciurkała od kałuży, do kałuży.
Wtedy straciliśmy następną sztukę. Jar był dosyć stromy i jedna z krów potknęła się i spadła na samo dno, łamiąc po drodze nogi. Zeskoczyłem obok niej i przyjrzałem się. Ogromne, szkliste oczy zasnute były mgiełką bólu. Ryczała i miotała się na boki, nie mogąc wstać. Wyciągnąłem z olstra przy siodle Winchestera i strzeliłem jej w głowę. Kiedy odjeżdżaliśmy po napojeniu stada, sępy właśnie siadały na padlinie.
Ten dzień był podobny do kilku innych – jazda powoli, w rytm kroczących krów, krótkie postoje, w południe przerwa. Ten jednostajny rytm kołysania się w siodle zastępował wszystko. Unosiłeś się i opadałeś wraz z końskim grzbietem i po pewnym czasie miałeś wrażenie, że tak było zawsze i ze wszystkim. Nic, tylko w górę i w dół, w górę i w dół. Krowy ryczą, Winters się wydziera, a ty w górę i w dół, w górę i w dół.
Wreszcie słońce zaczęło opadać w stronę horyzontu. Kiedy go już prawie dosięgło, na widnokręgu zamajaczyły zarysy zabudowań. Po wielu dniach nareszcie dotarliśmy do Creek Town. Po drodze straciliśmy kilka krów i jednego konia, ale powinniśmy wyjść na swoje.
Nasz wjazd do miasta, mimo późnej pory wzbudził spore poruszenie. Szybko zgoniliśmy bydło do zagrody i rozdzieliliśmy się. Winters poszedł załatwiać papiery, Johny ze Stuartem gdzieś zniknęli, a ja poszedłem do knajpy. Po drodze dogoniła mnie Jane.
– Mogę się przyłączyć? – spytała. Och, jak rany, szalałem.
– Hej, pewnie, oczywiście! Jak najbardziej! – ucieszyłem się.
Pierwszy wszedłem przez drzwi, może w Europie tak, ale u nas nie puszczało się kobiet przodem, bo wchodząc do knajpy, zawsze można było zarobić w głowę krzesłem. Tym razem nic takiego nie miało miejsca. W barze siedziało kilku facetów, którzy rozgwizdali się na widok Jane. Zignorowaliśmy ich. Usiedliśmy przy stoliku w rogu i zamówiliśmy po piwie.
– Jak ty się właściwie nazywasz? – zapytałem. Nikt nie znał jej nazwiska, zawsze była to po prostu Jane i już.
– Hm, nie wiem, czy ci powiedzieć – odparła – Zobaczymy, poczekaj.
– Jak długo? Spęd się już skończył.
– Zobaczymy – powiedziała i przez stół chwyciła moją rękę. Ścisnąłem jej długie, smukłe palce w skórzanych rękawiczkach. Uśmiechnęła się, odsłaniając równe, jasne zęby.
– Chodźmy – powiedziała. Rzuciłem na stół piątaka i wyszliśmy na zewnątrz. Wciąż trzymając mnie za rękę, Jane skierowała się za miasto. Szybko zostawiliśmy za sobą zabudowania i wyszliśmy na otwartą prerię. Skąpana w świetle księżyca w pełni, wyglądała jak obsypana drobniutkim śniegiem, cała srebrzysto – biała i niezwykła.
– Wyatt – powiedziała Jane i pocałowała mnie. Miała ciepłe, miękkie wargi. Jej małe usta były słodkie i delikatne. Przesunąłem dłoń wzdłuż jej pleców i opuściłem na pośladki, przyciskając do siebie. Rozpiąłem jej kamizelkę – nie miała nic pod spodem. Delikatnie przesuwałem palcami po jej kształtnych, sporych piersiach. Sięgnęła do tyłu i rozwiązała rzemień trzymający jej złote włosy. Rozsypały się kaskadą po jej smukłych ramionach.
Leżeliśmy na spalonej słońcem trawie. Rozpiąłem jej klamrę u paska i zdjąłem dżinsowe spodenki. Ona w tym czasie uporała się z moją koszulą. Miała na sobie małe, czarne, koronkowe majtki. Pocałowałem ją, a potem przesunąłem wargami po jej szyi. Później po piersi i niżej, po brzuchu, aż dotarłem do koronkowego materiału. Odsunąłem go ustami. Zacząłem ją całować, wchodząc coraz głębiej, otwierając ją palcami. Była ciepła, miękka, wilgotna. Jej palce zacisnęły się na kępkach wyschniętych traw. Całowałem ją wciąż, a jej oddech przyspieszał. Czułem ciepło bijące z jej ciała coraz większą falą. Lekki dreszcz przebiegł ją całą, ale nie przerywałem. Wreszcie gwałtownie wciągnęła powietrze, wyrywając trzymane w palcach źdźbła z ziemi. Jej ciało było rozluźnione, oddychała nierówno, ale coraz spokojniej. Przesunąłem się do góry, do jej twarzy. Usta miała teraz jeszcze cieplejsze, jeszcze bardziej miękkie, bardziej wilgotne. Delikatne. Rozpięła mi spodnie. Dłonią pieściłem jej piersi. Miała ciepłe, delikatne palce. Przesuwała je powoli i ostrożnie, aż doprowadzała mnie do drżenia. Czułem ciepło napływające z głębi. Mój oddech zaczął robić się szybszy, pociłem się. Zatrzymałem ją w ostatniej chwili. Całowaliśmy się, gdy w nią wszedłem. Miękko, ciepło, wilgotno zaprosiła mnie do środka. Brała to co chciała i dawała to czego ja chciałem. Poruszałem się powoli w jej wnętrzu, przyspieszając stopniowo. Całowaliśmy się, a ja pieściłem jej piersi albo pośladki. Kochaliśmy się coraz szybciej, coraz gwałtowniej. Wreszcie oboje sięgnęliśmy szczytu. Nasze urywane oddechy mieszały się ze sobą, przerywane śmiechem ze szczęścia. Całowaliśmy się.
– Jestem Jane Gray. Teraz już wiesz – powiedziała.
– Jane Gray, jesteś cudowna.
Leżeliśmy jeszcze długo, wtuleni w swoje ciała, zapomniawszy o całym świecie. Byliśmy sami.
Winters sprzedał bydło, podzielił pieniądze i oficjalnie uznał spęd za zakończony. Siedziałem właśnie w stajni i pakowałem rzeczy do walizki. Ściągnąłem kowbojki i na ich miejsce założyłem adidasy. Dżinsy i koszulę zamieniłem na garnitur. Colta schowałem w walizce a u paska zawiesiłem telefon. Włożyłem ciemne okulary i poszedłem na parking. Otworzyłem bagażnik mojej toyoty i rzuciłem do niego walizkę. Wtedy przyszła Jane.
Ubrana w płócienne spodnie i beżowy żakiet wyglądała zupełnie inaczej.
– Zobaczymy się jeszcze? – spytałem.
– Nie wiem, nie przez najbliższy miesiąc – mam sympozjum na temat fizyki kwantowej.
– Ja mam do podpisania kontrakt na protezy dentystyczne. Ale może zadzwonisz?
Podałem jej wizytówkę.
– Będziesz w przyszłym roku na spędzie? – zapytała.
– Tak. Oto co zostało z kowboi – ludzie ze średniej klasy tłuką się na koniach po zapomnianych przez czas miejscach, aby odpocząć i się pobrudzić, a potem wracają do miast i biur na trzydziestym piętrze.
– Nie możemy na co dzień być kowbojami. Ale dobrze wiedzieć, że raz do roku jest to możliwe – odparła.
Pocałowałem ją na pożegnanie i wyjechałem z parkingu. Potem przycisnąłem gaz i popędziłem autostradą w kierunku szarego życia codziennego. Ona odjechała w drugą stronę w kierunku swojego szarego życia codziennego.

Aby zachować bezpieczeństwo podczas poruszania się po sieci Internet i całkowita anonimowość można skorzystać z profesjonalnego oprogramowania do zmiany adresu IP. Do tego użytkownicy używaja bezpiecznych portfeli elektronicznych takich jak Skrill i Nateller lub kart płatniczych czy tez kredytowych Viabuy Prepaid Mastercard

vpn oprogramowanie


filmy kasyno


Leave a comment